Syndrom strusia

C.A. Sharp, tłumaczenie Urszula Charytonik
Artykuł po raz pierwszy opublikowany w 1994 Australian Shepherd Annual

 

Podczas kilkunastu lat, jakie spędziłam na informowaniu i edukowaniu hodowców na temat genetyki i chorób dziedzicznych u owczarków australijskich, stwierdziłam, że najpopularniejsza z przypadłości jest równocześnie najbardziej poważna. Jak na ironię, nie jest to przypadłość dziedziczna. Psy nigdy nią nie zapadają. Nie znajdziecie jej w żadnym podręczniku ani poradniku. Ale ona istnieje, a jej obecność może utrudniać  a nawet uniemożliwiać kontrolę problemów genetycznych. Nazywam ją „syndromem strusia”.

Zgodnie z mitem, struś, napotykając na coś nieprzyjemnego, chowa głowę w piasek. Spotkałam wielu hodowców psów stosujących podobną strategię w sytuacji, gdy zaistnieje choćby możliwość, że ich psy mogą mieć lub przenosić chorobę genetyczną.  O czym nie wiesz, to cię nie dotknie – wydają się myśleć. Cóż, może nie dotknie ciebie, ale może dotknąć twoich psów.

Syndrom strusia może mieć negatywny wpływ na psy na różne sposoby. Ignorancja, zaprzeczanie i strach, które podtrzymuje w hodowcach, mogą stać na przeszkodzie identyfikacji i badaniu chorób genetycznych na wczesnym etapie, zanim się szeroko rozpowszechnią. Rasy, które zyskają opinię schorowanych, ryzykują odrzucenie przez społeczeństwo, włącznie z jego częścią zaangażowaną w rolnictwo. Żaden farmer czy ranczer nie zechce chorowitego czy kalekiego psa do pracy.

Syndrom strusia wywiera też wpływ na poszczególne psy. W niektórych przypadkach chore psy nie otrzymują potrzebnej im opieki, albo też usypia się je i jak najszybciej o nich zapomina. Nawet zdrowe  zwierzęta mogą umierać z powodu syndromu strusia. Więcej niż jeden doskonały pies zginął nieoczekiwaną i tragiczną śmiercią – zawsze za sprawą wyraźnie nie dziedzicznych czynników – kiedy u zbyt wielu jego potomków zdiagnozowano chorobę genetyczną.

Niektórzy dotknięci syndromem strusia hodowcy unikają badania swoich psów na tę czy inną chorobę, bo “przecież to się nie zdarza w tej linii”. Cóż, zawsze jest pierwszy raz i jeżeli nikt nie robi badań, zanim się zorientujesz, problemów może być więcej.

Inni z kolei znajdują różne marne wytłumaczenia dla problemu, który najwyraźniej ma podłoże dziedziczne, z czego większość sprowadza się do „to tylko przypadek, więc mogę to zignorować”.  Ale róża pod inną nazwą kłułaby tak samo. Przekonywanie samego siebie, że ukłucia spowodowała za mała lub zbyt duża ilość ozonu, nie zmniejszy bólu.

Interesującym i niebezpiecznym objawem, widocznym u niektórych dotkniętych syndromem strusia, jest tendencja do unikania osób wolnych od tej przypadłości. Słyszałam o wypadku, kiedy to pewien hodowca odmówił sprzedania psa drugiemu, ponieważ ten badał swoje psy na określoną chorobę. W innych przypadkach hodowcy, którzy wystąpili i powiedzieli: “ten mój pies ma/przenosi taką a taką chorobę”, są oczerniani przez innych. Nie mogę pojąć, dlaczego ktoś traktuje z pogardą hodowcę, który uczciwie przyznał się do jakiegoś problemu.

Ta ostatnia reakcja to jak zabicie posłańca. Niech no tylko jakiś biedak odkryje, że jego pies jest chory i spróbuje podzielić się tą informacją z hodowcą dotkniętym syndromem strusia, a przekona się, że ten uzna go za nieodpowiedzialnego. Reakcje mogą być różne: od nieodebranych telefonów, przez wyzwiska po groźby. Jako osoba będąca swego rodzaju pełnoetatowym posłańcem, doświadczyłam tego więcej niż jeden raz.

Ludzie mają niefortunną skłonność do obwiniania (przypisywania winy). Jeżeli coś idzie źle, ktoś (ale nie ja) musi być temu winny i ten ktoś powinien za to zapłacić. Kiedy dotknięty syndromem strusia hodowca chowa głowę głęboko w piach i mimo wszystko nadal widzi problem zaglądający mu w twarz, skłonny jest wybuchnąć oskarżeniami, w panice szukając winnego.

Hodowcy dotknięci syndromem strusia nie są złymi ludźmi mającymi na celu zniszczenie naszej rasy. To ludzie wystraszeni konfrontacją z czymś, czego w pełni nie rozumieją, co zagraża wkładowi emocjonalnemu i finansowemu, który zainwestowali w swoje psy. Zaprzeczenie w obliczu niepojętego jest normalną reakcją. Daje nam przestrzeń do zaczerpnięcia oddechu i zmobilizowania naszych wewnętrznych sił, aby zmierzyć się z nieprzyjemną rzeczywistością. Syndrom strusia to odmowa zrobienia następnego kroku, poza początkowy stan zaprzeczenia.

Choroby dziedziczne nie są niczyją winą. Powodujące je geny istniały jeszcze zanim powstały psy nazwane owczarkami australijskimi. Nawet w bardzo rzadkim przypadku mutacji genetycznych, ani właściciel, ani hodowca nie są odpowiedzialni za ich pojawienie. Zaakceptowanie tego faktu jest pierwszym krokiem do „wyleczenia” syndromu strusia. Takie lekarstwo pozwoliłoby hodowcom rozmawiać o problemach genetycznych w sposób otwarty i racjonalny, co w końcu doprowadziłoby do lepszej kontroli chorób o podłożu dziedzicznym.

Jeżeli nie postaramy się leczyć syndromu strusia, ryzykujemy dobrem rasy, którą według deklaracji tak kochamy. Musimy wyciągnąć głowy z piasku, zdusić naszą tendencję do zaprzeczania i obwiniania, i zmierzyć się z faktami. Choroby genetyczne występują u owczarków australijskich, podobnie jak u wszystkich innych ras. Generalnie nie jesteśmy w najgorszej sytuacji, ale możemy się w niej znaleźć. Każdy czytający ten tekst może pomyśleć o przynajmniej jednej rasie tak mocno dotkniętej chorobą genetyczną, że nierozerwalnie się z nią kojarzy. Nie chcemy, by stało się tak z naszymi aussie. Zmierzenie się z faktami może być bolesne, ale alternatywa jest o wiele gorsza.